Latarnia Morska Gdańsk 
i Kula Czasu 1894

Latarnik

Z jednej strony praktyczny inżynier, z drugiej – romantyk i rzeźbiarz. Dwanaście lat temu kupił i wyremontował latarnię morską w Gdańsku-Nowym Porcie. Inwestycja była kompletnie nieopłacalna, ale za to stała się najważniejszym projektem jego życia. Swoją charyzmę odziedziczył po ojcu, profesorze Stefanie Michalaku, lekarzu, oficerze marynarki morskiej, który po wojnie odbudował Gdańską Akademię Medyczną. Obaj, ojciec i syn, choć różnych zawodów, mieli wspólną pasję – morze.

Stefan Jacek Michalak, syn profesora Stefana Michalaka, jest inżynierem, fizykiem, podróżnikiem, rzeźbiarzem, pisarzem. Swoje życie zawodowe związał z radiotelekomunikacją. Instalował systemy radiowe na dalekiej północy i w Arabii Saudyjskiej.

Od 42 lat mieszka w Montrealu, ale swoje mieszkanie ma także na gdańskim Chełmie. Odkąd został właścicielem latarni morskiej w Nowym Porcie, pół roku spędza w Polsce, a pół w Kanadzie. Jako latarnik ma sporo obowiązków. Codziennie rano wciąga na maszt flagę Gdańska. Potem uruchamia kulę czasu, 1000-watową lampę latarnianą i reflektory umieszczone w kasetonach, które podświetlają ekspozycję muzealną. Dla zwiedzających włącza też nagrany na płytę szum morza.

Przez osiem godzin czeka na chętnych, którzy chcą posłuchać o historii latarnictwa i wspiąć się po 114 schodach na górę. Stawia pamiątkowe pieczęcie i rozdaje różnego rodzaju materiały informacyjne. Na koniec zamyka obiekt, spuszcza flagę na dół i jedzie do domu na obiad.

– Ta latarnia miała być spełnieniem marzeń, a stała się projektem mojego życia – śmieje się Stefan Jacek Michalak. – Wróciłem tu, nad morze, gdzie się wychowałem i spędziłem dzieciństwo. Bo każdy, kto się urodził nad morzem, całe życie za nim tęskni. Tak było ze mną i z moim ojcem.

 

Z jednej strony praktyczny inżynier, z drugiej – romantyk i rzeźbiarz. Dwanaście lat temu kupił i wyremontował latarnię morską w Gdańsku-Nowym Porcie. Inwestycja była kompletnie nieopłacalna, ale za to stała się najważniejszym projektem jego życia. Swoją charyzmę odziedziczył po ojcu, profesorze Stefanie Michalaku, lekarzu, oficerze marynarki morskiej, który po wojnie odbudował Gdańską Akademię Medyczną. Obaj, ojciec i syn, choć różnych zawodów, mieli wspólną pasję – morze.

Stefan Jacek Michalak, syn profesora Stefana Michalaka, jest inżynierem, fizykiem, podróżnikiem, rzeźbiarzem, pisarzem. Swoje życie zawodowe związał z radiotelekomunikacją. Instalował systemy radiowe na dalekiej północy i w Arabii Saudyjskiej.

Od 42 lat mieszka w Montrealu, ale swoje mieszkanie ma także na gdańskim Chełmie. Odkąd został właścicielem latarni morskiej w Nowym Porcie, pół roku spędza w Polsce, a pół w Kanadzie. Jako latarnik ma sporo obowiązków. Codziennie rano wciąga na maszt flagę Gdańska. Potem uruchamia kulę czasu, 1000-watową lampę latarnianą i reflektory umieszczone w kasetonach, które podświetlają ekspozycję muzealną. Dla zwiedzających włącza też nagrany na płytę szum morza.

Przez osiem godzin czeka na chętnych, którzy chcą posłuchać o historii latarnictwa i wspiąć się po 114 schodach na górę. Stawia pamiątkowe pieczęcie i rozdaje różnego rodzaju materiały informacyjne. Na koniec zamyka obiekt, spuszcza flagę na dół i jedzie do domu na obiad.

– Ta latarnia miała być spełnieniem marzeń, a stała się projektem mojego życia – śmieje się Stefan Jacek Michalak. – Wróciłem tu, nad morze, gdzie się wychowałem i spędziłem dzieciństwo. Bo każdy, kto się urodził nad morzem, całe życie za nim tęskni. Tak było ze mną i z moim ojcem.

 

2

Ojciec – lekarz i marynarz

Ojca stracił, gdy miał zaledwie cztery lata. Pamięta go jak przez mgłę i z opowiadań, gdyż rodzina, zwłaszcza stryj i babcia, a także przyjaciele ojca dużo o nim mówili. Odziedziczył po nim upór, podejście do życia, zasady, którymi się kierował w życiu, a także imię – Stefan.

– Był człowiekiem morza, bo urodził się właściwie nad morzem w niemieckiej Kilonii, a to dlatego, że wówczas Polska była pod zaborami. Dziadkowie pochodzący z Poznania czasowo się tam przenieśli, a dziadek znalazł zatrudnienie w tamtejszej stoczni. I być może stamtąd właśnie wzięła się jego miłość do morza – wspomina Jacek Stefan, syn profesora Stefana Michalaka.

Po studiach medycznych ojciec wyjechał do Gdyni i zamustrował się tam na statek pasażersko-drobnicowy „Warszawa”, który obsługiwał porty brytyjskie i francuskie. Potem pływał na „Darze Pomorza”, odbył między innymi podróż na Galapagos, Tahiti i przylądek Horn. Pływał tez na „Piłsudskim” i „Batorym”. Na „Piłsudskim” poznał żonę, która na tym transatlantyku pływała jako pielęgniarka. W czasie wojny pracował w Warszawie w Państwowym Zakładzie Higieny. Był tam lekarzem epidemiologiem.

W kwietniu 1945 roku, kiedy jeszcze trwały działania wojenne, profesor Stefan Michalak znalazł się na Wybrzeżu z myślą, aby stworzyć na nowo podstawy służby zdrowia w powojennym Gdańsku, a przede wszystkim odbudować Szpital Miejski (nazwany potem Akademią Medyczną, a obecnie Uniwersyteckim Centrum Klinicznym GUM-ed), który został całkowicie zniszczony. Nie było w nim wody, ogrzewania ani elektryczności. Z powodu braku miejsc zakaźnie chorych kładziono na ogólnej sali z pozostałymi pacjentami. Stefan Michalak został pierwszym powojennym dyrektorem i naczelnym lekarzem tej placówki. Miasto Gdańsk, upamiętniając jego zasługi w tej dziedzinie, ufundowało mu pomnik, który stoi na placu noszącym jego imię.

Niestety, dwa lata później, podczas potężnej burzy na Bałtyku, profesor zginął tragicznie, gdy ratował tonących kolegów.

– Do dzisiaj moje życie jest naznaczone przez osobowość mojego nieżyjącego już ojca – mówi jego syn.

 

3

Syn – inżynier, latarnik

Życie Stefana Jacka Michalaka potoczyło się z dala od medycyny (jak sam przyznaje, boi się nawet widoku krwi), jednak bardzo blisko ukochanego przez obu panów morza.

– Moje dzieciństwo spędziłem w Gdańsku. I wszystkie moje wspomnienia z tego okresu są związane z Gdańskiem-Wrzeszczem i z plażą. I to przywiązanie mi zostało – opowiada. – Potem przeprowadziłem się do Kanady i zamieszkałem nad rzeką świętego Wawrzyńca. W jej dorzeczu są usytuowane niewielkie wyspy. Na każdej z nich stoi latarnia morska. Kiedy wychylam się z okna swojego mieszkania, dokładnie je widzę. Od dawna sobie marzyłem, żeby zostać latarnikiem. To takie romantyczne...

Akurat tak się złożyło, że w jego rodzinnym Gdańsku, w Nowym Porcie, była jedna latarnia morska w nienajlepszym stanie – zniszczona i zaniedbana. Nikt nie miał pomysłu na to, jak ją zagospodarować. A przede wszystkim – brakowało funduszy na ten cel. A potrzebne były niemałe pieniądze. Obiekt straszył powybijanymi oknami i ogromnymi dziurami w dachu. Nie miał nawet drzwi.

– Kiedy ją zobaczyłem w 1999 roku, pomyślałem sobie, że to jest wyzwanie właśnie dla kogoś takiego, jak ja – mówi.

Złożył więc odpowiednie listy intencyjne w Urzędzie Morskim i Urzędzie Miejskim w Gdańsku. Jego podanie przeszło przez wiele ministerstw (między innymi handlu, gospodarki wodnej, spraw zagranicznych i obrony).

– Droga była żmudna, ale w końcu się udało i w 2001 roku zostałem wreszcie szczęśliwym posiadaczem latarni morskiej w Gdańsku-Nowym Porcie, a sam tym samym – zostałem latarnikiem – wspomina.

Dodaje, że latarni nigdy nie uważał za swoją własność. Zwykł mówić, że się nią po prostu opiekuje. – 
Robiłem to zawsze dla innych ludzi, żeby mogli ją podziwiać, a ja żebym mógł być dumny z tego dzieła – tłumaczy pan Stefan. – Włożyłem w to mnóstwo pieniędzy (do renowacji zatrudnił jedną z najlepszych firm, zajmującą się konserwacją zabytków w Wenecji – przyp. red.) i serca. Ale było warto.

W swoim obiekcie stworzył muzeum światowego latarnictwa. W najbliższym czasie ma tam być otwarta wystawa fotografii latarni kanadyjskich.

Co jakiś czas do ekspozycji dodaje coś nowego, co zachęci turystów nie tylko do odwiedzania obiektów tego typu, ale także do zainteresowania się na przykład tym, jak wyglądała dawna nawigacja. To bardzo ciekawe i pobudzające wyobraźnię.

 

4

Latarnia – projekt życia

W swojej latarni nie może nocować choćby dlatego, że obiekt jest pozbawiony wody i kanalizacji. Mimo to z dumą opowiada, iż jego latarnia, do niedawna tak zrujnowana, uchodzi dzisiaj za jedną z najpiękniejszych i najciekawszych na polskim wybrzeżu. W ubiegłym roku generalny konserwator zabytków uznał ją za tak zwany zabytek zadbany. To najwyższa forma nobilitacji w kategorii zabytków historycznych.

O swojej latarni mógłby opowiadać godzinami. A to o jej niezwykłej funkcji historycznej (podobno ze środkowego okna latarni padły pierwsze strzały rozpoczynające II wojnę światową. Dopiero trzy minuty potem Niemcy otworzyli ogień w kierunku Westerplatte z pancernika Schleswig-Holstein), a to o jej ważnej roli nawigacyjnej.

– Podstawową funkcją latarni było wysyłanie światła w kierunku cypla Półwyspu Helskiego, tak aby każdy opływający go kapitan wiedział, gdzie się znajduje. Każda latarnia miała swój kod. Ta w Nowym Porcie – 1 sekunda światła, 4 sekundy ciemności, 1 sekunda światła, 4 sekundy ciemności – tłumaczy. – Latarnia była także wieżą pilotów. Wystawali oni na jej gankach, wypatrując, czy któryś statek na redzie nie potrzebuje pomocy. Jeśli tak było, jego kapitan sygnalizował to odpowiednim oflagowaniem. Wtedy pilot wsiadał do łodzi, podpływał do statku, wchodził na mostek kapitana i zastępował go na czas wejścia jednostki do portu. Wreszcie, kolejną funkcją latarni było dokładne odmierzanie czasu dzięki tak zwanej kuli czasu.

Ta metalowa kula o średnicy półtora metra jest opuszczana o godzinie 12.00, 14.00, 16.00 i 18.00 na sygnał wysyłany drogą radiową z obserwatorium we Frankfurcie. Zbudowano ją w 1876 roku i umieszczono na specjalnej drewnianej wieży, a w 1894 roku przeniesiono na szczyt nowo wybudowanej latarni w Nowym Porcie. Krótko przed godziną dwunastą kula była podnoszona na szczyt masztu i dokładnie w południe – na sygnał telegraficzny z obserwatorium astronomicznego w Berlinie – spadała. Kapitanom pobliskich statków umożliwiało to dokładne dostrojenie chronometrów okrętowych. W 1929 roku zerwał ją sztorm. W maju 2008 roku została zrekonstruowana i ponownie się pojawiła na szczycie latarni. Jest to jedyna na polskim Wybrzeżu i w całej Europie Północnej kula czasu, a także jedyna na świecie o konstrukcji ażurowej.

We wrześniu 2009 roku kanadyjski minister Greg Thompson i ambasador Kanady w Warszawie przywieźli mu podziękowania „od narodu kanadyjskiego”, a 6 kwietnia 2010 roku Prezydent RP Lech Kaczyński nadał mu Złoty Krzyż Zasługi za krzewienie tradycji i kultury polskiej.

Latarnia morska w Nowym Porcie stała się mekką turystów i zakochanych. Przychodzą, trzymają się za ręce i patrzą w stronę morza. Przyjeżdża tu także wiele par nowożeńców, by w tej romantycznej scenerii zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia.

Pan Stefan wtedy cichutko się wycofuje, by młodzi mogli pobyć sami. On doskonale wie, co to znaczy miłość. I ta do ludzi, i ta do morza. Wie, i dzięki temu jest szczęśliwym człowiekiem.

Źródło: Miesięcznik "Żyj zdrowiej żyj dłużej"
Autor: Ewa Opiela, zdjęcia: Marek Zarzecki